Pared - Bogusław Kowalski

Święta góra Shivling

Strona główna >>

Marzenia są niebezpieczne: parzą

niczym ogień i czasami potrafią spalić.Arthur Golden

 

ŚWIĘTA GÓRA SHIVLING

 
 

Co rano budziłem się z jej widokiem, patrzyłem, jak o świcie maluje się ciepłymi barwami, jak później zmienia makijaż na dzienny – zimny i niebieski. Jak wieczorem znów dodaje różu, czerwieni i pomarańczy. A po zmroku ukradkiem zerkałem na jej kontur. Na biwakach otwierałem oczy i bezwstydnie chłonąłem jej ponętne kształty. Wsłuchiwałem się w pohukiwania lawin jak w oddech najbliższej osoby. Obcowałem tak z nią przez blisko miesiąc działania po drugiej stronie lodowca. Wystarczająco długo, żeby ulec jej urokowi. Do domu wróciłem z mocnym postanowieniem, że wrócę na górę boga Shivy. Kolejne spotkanie było jedynie kwestią czasu.

Od tamtych chwil minęło sporo lat, a ja wciąż odkładam marzenie o tym, że znów uda się ją zobaczyć. Że w końcu wszystko sobie poukładam i będę mógł zostawić świat, który teraz jest dla mnie najważniejszy. Że podążę w kierunku czegoś, co kiedyś wydawało mi się niezbędne do dalszego istnienia. Kilka razy namawiano mnie, żebym pojechał się z nią spotkać. Mówiono: „jedź z nami, będzie świetne wspinanie, superprzygoda. Byłeś tam i wiesz, że jest pięknie”. Za każdym odmawiałem, bo zawsze na mojej drodze stawało coś ważniejszego. Aż tego lata usłyszałem, że na Shivling wybiera się ekipa świetnych wspinaczy, niemalże komplet znanych mi kolegów.

Poczułem ukłucie zazdrości, że będą mogli na nią patrzeć, upajać się jej widokiem, aż w końcu ją zdobyć. Zabolało mnie mocno, bo znów zamarzyłem, żeby ruszyć z Gangotri na jej spotkanie. Tym bardziej że zespół był na tyle duży, że koszty zezwolenia i agencji spadły do kwoty, którą ciężko będzie w przyszłości uzyskać. Jednak po kilku tygodniach z Indii dotarły zatrważające wieści. Na marne poszło poświęcenie kolegów z wyprawy, ratowników hinduskich, żołnierzy, policjantów, urzędników polskich i indyjskich. Bolało, tym razem inaczej, o wiele mocniej niż w chwili ich wyjazdu. Rozdzwoniły się telefony, przyszły mejle, pytali przyjaciele, koledzy, ale też własna rodzina. Wszyscy chcieli wiedzieć, co się stało.

Kurwa. Ja pierdolę. Kurwa. Co się stało? Nie wiem. Sam sobie zadaję to pytanie. Potrzebujemy, a ja na pewno potrzebuję odpowiedzi, żeby oddalić od siebie zagrożenie. Racjonalizuję sobie coś, w co do końca nie chcę wierzyć, wyliczam błędy w nadziei, że będę potrafił ich uniknąć.


Pamiętam, jak podczas wizyty w Polsce Joe Simpson powiedział takie słowa: „Wspinanie jest czymś, co kochasz, pasją. Nie jest sportem – nie jest jak golf czy piłka nożna – jest czymś innym. A jednocześnie zabija ci jednego przyjaciela rocznie. Gdyby gra w golfa zabijała ci co roku po jednym kumplu, pewnie wyrzuciłbyś kije”. Znam dwie, może trzy osoby, które wyrzuciły sprzęt wspinaczkowy.


A co robi reszta? Zagryzamy zęby. Rozmawiamy. Milczymy. Słyszymy pytanie – o czym myślisz? Nic nie odpowiadamy, bo niby co mielibyśmy powiedzieć? Że myślimy o tych, co odeszli? O sobie? O bliskich? O potencjalnie nieprzeżytych z nimi chwilach? O nieprzespanych wspólnie z ukochaną kobietą nocach? O kolejnych nieradosnych świętach? Zdarza się, że czasem rozprawiamy w swoim gronie albo wręcz przeciwnie – unikamy bolesnego tematu. W czasie imprez, odwracając twarz w połowie zdania, zawieszamy głos. Unosimy pełen kieliszek, patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem. A gdy na horyzoncie pojawiają się warunki, znowu wracamy w góry, wypierając możliwość przedwczesnego znalezienia się po drugiej stronie grani.

Siedzę nad klawiaturą przy kuchennym stole i kątem oka obserwuję rozbawione dzieci. Zastanawiam się, czy stać mnie jeszcze na to, żeby choć na jeden dzień zamienić się w tygrysa. Jak na razie konsekwentnie odmawiam dalekich wyjazdów, ale zdarzają mi się chwile, kiedy nie jestem do końca przekonany, że mój wybór jest właściwy. Być może to Alex MacIntyre miał rację, nie chcąc być owcą przez tysiąc lat. Ja nadal tkwię jak w pajęczynie uczuć, jedynie marząc o swojej szansie na najpiękniejszą górę świata. A może wcale nie chcę, żeby akurat to marzenie się spełniło? Być może ma być idealne...

 

 Felieton ukazał się w Magazynie GÓRY (254) 2016/4

cofnij