Pared - Bogusław Kowalski


Nie udało mi się zabić jeszcze w średniej szkole, w czasie pierwszej samotnej wyprawy w Tatry. Samotne wyłażenie na granie przypadło mi do gustu, zwłaszcza poza znakowanymi szlakami. Jak niemal każdy turysta tatrzański natknąłem się na taterników na Zmarzłej Przełęczy, na zejściu ceprostradą ze Szpiglasowej przypatrywałem się małym ludzikom na Mnichu. Do prawdziwego wspinania zniechęciła mnie dość specyficzna grupa koczująca w schronisku w Pięciu Stawach. Dlatego kontynuowałem przygodę  poza szlakami. Coraz częściej wbijając się w skalne kłopoty. Dopiero dwa lata później postanowiłem odbyć szkolenie Klubie Wysokogórskim w Toruniu. Po kursie w skałkach zapisałem się na tatrzański. I pewnego sierpniowego popołudnia doczłapałem się na tabor w Moku, gdzie powitała mnie cisza. Wspinania nie było. Właśnie zebrano rzeczy Jana Wolfa. Tak wiec trzeba będzie uważać przy tej zabawie. Na kurs umówiłem się z Wieśkiem Ignatowskim wówczas bardzo ambitnym wspinaczem, który kilka lat później przeżywcował Schody do Nieba. Ignac wynalazł dla nas – swoich kursantów - Generała, Emila i mnie bardzo fajny zestaw dróg, wśród których była kombinacja w okolicy Ła-Py na Kazalnicy. Zwieńczeniem kursu miał być Filar Ganku, jednak po podejściu przez góry do Kaczej zrezygnowaliśmy z pomysłu ze względu na nasilający się halny. Po powrocie do domu nasłuchiwałem wieści z Tatr. Przestało wiać, pogoda się załamała i uwięziła na Świerzu Hirszowskiego z kursantami.

 

Później przyszły niezwykłe lata na taborze, gdzie corocznie pojawiała się ta sama ekipa – Maciek Tertelis z Rekinem, który TEŻ się dobrze wspinał i który również był autorem popularnych obitych dróg. Niezmiennie przybywał Grześ Mikowski, Krzysiek Jeaques, na ostre drogi wpadali Krakusi z Kurtyką, Marciszem, Mikserem na czele. Na Filarze rozgrywał się wyścig o Wielki Okap pomiędzy Szalonym, a Łysym. Kolorytu dodawali Zwierzak – Tomek Kohler, Lucyna, Marcin Księżak, Kurnia, Blondyn, Eryk ze Szczecina i wielu innych, których w tej chwili nie pamiętam. Nad całością panowała Anka z Teresą, Jacek Czyż, albo wytyczał nowe drogi na Turni Zwornikowej, albo coś wciąż remontował na Taborze. Powagi temu towarzystwu nadawał Pomurnik.

 

Przez kilka lat z rzędu każdego lata niezmiennie jechałem do Moka, aby poczuć wyjątkowy klimat, pobyć – poimprezować – ze znajomymi. No i przede wszystkim się powspinać. Nie miałem stałego partnera w związku z tym poznałem mnóstwo osób. Choć sporo dróg zrobiłem ze świetnie zapowiadającym się Wojtkiem Sokulskim. Słuch po nim zaginął niedługo później – zakochał się, ożenił i przestał wspinać. Dane mi było być, razem z Wojtkiem Wiwatowskim, w jednym z dziesięciu zespołów jednego dnia na Kazalnicy. Czas jaki wtedy spędzałem w Moku przeradzał się w ilość pokonanych dróg. Doszedłem do rekordu 33 dróg w letnim sezonie, w kapryśnej tatrzańskiej pogodzie. Gdybym czuł się uprawniony i miałbym dawać rady młodszym wspinaczom to poleciłbym spędzenie dwóch, trzech intensywnych sezonów w Tatrach, z naciskiem na rejon Morskiego Oka lub na Słowacji. Polecam robienie dróg poza ścianami Mnicha i Czołówek. Z długimi podejściami i skomplikowanymi powrotami. To będzie procentować później w Dolomitach i Alpach.

 

Niemal od razu doszła zima. Po dość groteskowym zdobyciu Mnicha postanowiłem zrobić kurs i w ten sposób zawitałem na Halę. Później przez kilka sezonów zimę zaczynałem w Gąsienicowej. Gdzie na krótkich drogach można było rozgrzewać się do sezonu zimowego. Morskie Oko było celem dopiero kolejnych wyjazdów. Choć dla mnie jak dla wielu wspinaczy Tatry to Morskie Oko. Później, gdy zacząłem wyjeżdżać dalej to głównym tematem wieczornych rozmów były drogi na Zerwie, Kotle, czy Turni Zwornikowej. Ale po kolei, najpierw bywałem na obozach klubowych, aż któregoś roku zostałem przyjęty na unifikację. Kierownikiem był Stachu Piecuch, a uczestnikami Mikser – wówczas jeszcze bez poważnych przejść zimowych, Roko, Mirua i Michałek którzy dopiero się dobrze zapowiadali na ostrych zimowych łojantów, prócz nich skład był równie przedni. Tak więc i wspinanie i imprezy w Wozowni były przyzwoite. Ja w tym samym roku zacząłem szkolić w skałkach i w kolejnych latach moje pobyty w Tatrach były krótsze, bo determinowane pracą. Ale za to bardzo intensywne.

 

O wiele częściej wyjeżdżałem na zimowe wspinanie. Wówczas okazało się jak ważny jest partner wspinaczkowy. Miałem świetnego kompana, który w trakcie zbliżania się do ściany zmieniał się nie do poznania. Potrafił wpaść do jedynego przerębla w Morskim Oku, zwichnąć nogę wstając z łóżka w schronisku, a pod ścianą nabawić się kamicy nerkowej. Stąd wiele energii i wyjazdów poszło jak para w gwizdek. Później, gdy zacząłem wyjeżdżać na wyprawy moje pobyty w Tatrach znacznie się skróciły. Aż do momentu, gdy zacząłem szkolić w Tatrach. Teraz mam o wiele mniej czasu na wspinanie własne i gdy mam wypocząć wspinaczkowo, to wolę pojechać w miejsce, które nie kojarzy mi się z pracą. Niemniej udaje mi się łapać chwilę i zrobić przed lub po szkoleniu jakiś fajny wariant lub historyczną drogę. Mam nadzieję, że zdrowie pozwoli mi jeszcze długie lata cieszyć się dotykiem tatrzańskiego granitu.

 

 

Bogusław Kowalski

GÓRY sierpień 2009