STYL WE WSPNANIU
(1917, 1929, 1930,1939, 1955
Wszystkie pięć dat, które wymieniłem dotyczą wyjątkowych przejść. Każde było czymś nowym w Tatrach i miało jakiś mankament w postaci niedoskonałości stylu. Z dzisiejszej perspektywy można na nie patrzeć bardzo krytycznie, choć nie należy zapominać o kontekście historycznym.
W 1929 Wincenty Birkenmajer wykuł stopnie na Zachodniej Łomnicy. W tym przypadku również powodem była ta sama obsesja - wyścig o pierwszeństwo. Rok później droga padła, a kluczowy wyciąg i tak poprowadził Kazimierz Kupczyk.
W 1930 Wiesław Stanisławski pokonał trawers na wschodniej ścianie Mnicha łapiąc haki i stając w pętlach. Wyścig o pokonanie wschodniej Mnicha był przyczyną odejścia od klasycznego taternictwa i użycia techniki nieznanej jeszcze w Tatrach.
W 1939 Tadeusz Orłowski i Włodzimierz Gosławski zjechali dwa wyciągi z Galerii Gankowej i dokończyli drogę. Wybitni taternicy dokończyli podbój ściany zjeżdżając do miejsca, z którego uprzednio się wycofali i kontynuowali wspinaczkę. Spośród wymienionych według mnie, to przejście jest najbliżej ideału. Droga ta uznana została za największe dokonanie taternictwa przedwojennego.
W 1955 roku Jan Długosz i Czesław Momatiuk wbili nity na Lewej Kazalnicy. Po raz pierwszy w celu pokonania wielkiej ściany wywiercono w ścianie otwory. To przejście ugruntowało modę na direttissimy i zatrzymało rozwój wspinaczki klasycznej w Tatrach do początku lat siedemdziesiątych.
Droga 2+1 to był moim zdaniem balon próbny i dlatego ciśnie mi się na usta pytanie, czy spit musi być mordercą niemożliwego? Czy obok każdej rysy, nawet gdy można doskonale asekurować się z kości, muszą pojawiać się bolty? Czy wspinanie po pewnego rodzaju drogach musi być dla każdego? Ja uznaję, że istnieją linię, do których być może nigdy nie dorosnę i nie będę w stanie ich pokonać, nawet gdybym poddał się najostrzejszemu reżimowi treningowemu. Dlatego, że zdolność do zrobienia najbardziej kosmicznego przechwytu jest niewystarczająca na pewnego rodzaju drogach. I nie pomoże tu również ani moc, ani patentowanie z liną z góry. Tak na marginesie, moim zdaniem wędkowanie bardziej pasuje do Mazur lub Borów Tucholskich, aniżeli do Tatr.
Nie uzurpuję sobie prawa, które pozwoliłoby mi na decydowanie o tym, na jakich tatrzańskich ścianach mogą powstawać sportowe drogi. Zastanawiam się natomiast, dlaczego sportowcom trafiły się najlepsze kąski, najlepszy jakościowo granit w naszych dwóch i pół dolinach tatrzańskich? Ponadto, czy będą oni podporządkowywać się zasadom, które sami współtworzyli, a ustalone zostały w Porozumieniu Tatrzańskim? Czy nie pojawią się nowe drogi krzyżujące z klasykami tatrzańskimi. Czy nie okaże się, że „niejako przy okazji” sportowa asekuracja jest faktem na drogach, które od ponad dwudziestu lat przechodzone są bez użycia spitów? Czy po ospitowaniu ostatnich fragmentów skały na Mnichu, Zamarłej i Kościelcu sportowcy nie przeniosą się w rejon Tego Filara? Patrząc na to, co się dzieje, obawiam się, że tak niestety będzie.
Nie mam wątpliwości jak powinno wyglądać idealna droga wspinaczkowa. Najłatwiej jest mi podeprzeć się słowami Wolfganga Gullicha, który za ideał uważał drogę maksymalnie trudną, a jednocześnie pokonującą ścianę w jej najsłabszym miejscu. Symptomatyczne jest to, że Gullich, będąc jednym z najwybitniejszych wspinaczy sportowych i prekursorem nowoczesnego treningu sportowego, odwołuje się do pierwotnych idei alpinizmu. Poza tym, że ustanawiał on granice ludzkie we wspinaczce sportowej, był również wybitnym wspinaczem górskim, współtworzył między innymi takie drogi jak Eternal Flame oraz Riders on the Storm. Przy czym zawsze dbał o styl swoich przejść, wystarczy wspomnieć casus Wall Street. A już nie do przyjęcia dla niego była jakakolwiek ingerencja w skałę. W mojej ocenie Wincenty Birkenmajer prowadząc swoją drogę na zachodniej ścianie Łomnicy poniósł porażkę. Ten wybitny wspinacz CHCĄC BYĆ PIERWSZYM posunął się do wykuwania stopni. Z dzisiejszej perspektywy wiemy, że brak tych stopni nie stanowił przeszkody w pokonaniu tej drogi i tej ściany.
Dwa lata po zdobyciu Torre Sur wróciłem do Patagonii, gdzie razem z Jurkiem Stefańskim zrobiliśmy nową drogę – Wielkie Pęknięcie. Pokonaliśmy dziewiczą ścianę w najsłabszym miejscu i nie pozostawiliśmy w niej ani jednego przelotu. Nie uważam tej drogi za najtrudniejszą, jaką udało mi się zrobić, ale mimo to zbliżyliśmy się tam do mojego ideału. Wciąż mam w pamięci spotkanie z Markiem Prezeljem: wywiady, prelekcję na KFG i w końcu rozmowę w uroczej knajpce na Kazimierzu. Ten wybitny alpinista był bardzo zniesmaczony hakowymi sztuczkami stosowanymi w Yosemitach. O preparowaniu klasycznych dróg Marko w ogóle nie wspominał, po prostu dlatego, że nie wyobrażał sobie takiego pokonywania trudności drogi. Swoją wizję wspinania odnalazł zimą w Szkocji oraz w Gritach. Wzorce należy czerpać od najlepszych, a dla mnie Marko jest wspinaczem, od którego bez wahania można się uczyć etyki wspinaczkowej.
BUKA, 2007